Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patchwork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patchwork. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Galimatias łatek crazy

Łatki nie muszą oczywiście być crazy, ale mogą. Tak było u mnie gdy zszywałam pierwsze UFO. Rozrysowane starannie bloki, złożone z nieregularnych pól, zaowocowały licznymi szmatkami przeróżnych, dziwacznych kształtów. Zszywanie musi odbywać się według określonego porządku, więc należy ogarnąć cały ten kolorowy galimatias, żeby niczego nie pomylić pod groźbą prucia. Prucia nikt chyba nie lubi, a w obecności papieru szczególnie.

U mnie łatki lubią z zaskoczenia zmieniać miejsce i kolejność, nawet jeśli wcześniej spięłam je klipsami do papieru. Szukałam więc możliwości przyszpilenia ich do czegoś mniej ruchliwego. W zasadzie może być cokolwiek w co można wbić szpilkę, a mimo to nie ucieknie. Kot się więc nie nadaje, choć często bywa pod ręką i to dosłownie pod. Nawet nie ma co próbować. Trenowałam już taki manewr na desce do prasowania - stoi spokojnie, ale u mnie trochę zbyt daleko od maszyny. Mata do ćwiczeń też wykazała się dużą cierpliwością jak również mobilnością. Pomagała mi przy szyciu tła do "Krakowskiego duetu". Jednak zdarzyło się kilka razy, że kolidowało to z jej podstawowymi obowiązkami. Wówczas popołudniowa porcja ćwiczeń musiała, z konieczności, odbyć się na dywanie.

Szyć? Ćwiczyć? Ćwiczyć szycie?
Konkurs wygrała bezapelacyjnie korkowa tablica, której kariera galerii dziecięcych rysunków zakończyła się już ładnych parę lat temu.
Galimatias ogarnięty, sciąga w pogotowiu.
Można ją łatwo przenieś, ustawić koło maszyny na czymkolwiek lub za maszyną oprzeć o ścianę. Podczas przerwy w szyciu schować za większy mebel, wcześniej zakrywając kawałkiem tkaniny lub papieru chronią przed kurzem czy słońcem. Dla mnie bomba!

sobota, 3 września 2016

Krótka historia czasu ...

... albo może inaczej "Historia krótkiego czasu"? U Stephena Hawkinga to pierwsze, u mnie raczej to drugie. Urlop jaki by nie był, to zawsze jest za krótki. No chyba, że właśnie prosisz o niego szefa, wtedy zawsze jest za długi. Tak w skrócie wygląda moja prywatna szczególna teoria względności.

Urlop miał aż 3 tygodnie, z czego 2 (podobno rekordowo długo) spędziłam, pozwalając się leniwie popychać biebrzańskiemu prądowi, zaś trzeci na biwaku pod Augustowem. Określenie "leniwie popychać" dotyczy zarówno mnie jak i prądu, bo 0,7 km/h to nie jest zawrotna prędkość, przy czym ani ja, ani reszta mojej rodziny nie poganialiśmy naszej tratwy zbytnio. Z tego powodu pokonała zaledwie nieco ponad 36 km. Tylko jakie to były kilometry! Jakaż to była wspaniała czasoprzestrzeń! Jakie tam były widoki! Po prostu kosmos!


Kosmos reprezentowały również kolejne UFO. Dopadły mnie i tam. Dopadły, a potem pokonały. Nie dość, że przed wyjazdem lękliwie nie sprawdziłam nawet, który z nich przypada na sierpień, to jeszcze zabrałam ze sobą ręczne szycie spoza listy. Tak na wszelki wypadek, jakby mi się skończyły książki, żeby nie oszaleć z tego całego wypoczynku. Padło na moje mikro-kwadraciki. Ich wymiary: 4 x 4 wydawały się pasować do biebrzańskich  off-roadowych warunków. Do tego arkusz heksagonów. Malutkich heksagonów.


Oj, nie przemyślałam ja tego! Oj, nie! Jak łatwo się domyślić nie dość, że nie dokończyłam w sierpniu żadnego UFO, to jeszcze powstał zaczątek mojej zupełnie nowej narzuty EPP*. Ma ona dzisiaj 30 cm długości i 20 cm w najszerszym miejscu i składa się póki co ze 107 elementów, więc nieprędko ja ją skończę. Oj, nieprędko!


Lepszą decyzją było włożenie do bagażu paczki pisaków do tkanin. To był odruch warunkowy wywołany pospiesznym zakupem, jedynych pasujących, zupełnie białych tenisówek. Pomyślałam, że z tej wyprawy raczej nie wrócą one białe.



No i wykrakałam! Jednak nie są też kolorowe, a mogłyby być. Przywiozłam więc kolejne, już drugie UFO.

Podsumowując: mam 6 UFO skończonych, 2 nowe i jeszcze 2 zaległe z lipca i sierpnia. Jeszcze się bronię, ale już słabnę.

W obliczu takiego zmasowanego ataku kosmitów, jeszcze podczas spływu, po skończeniu "Złodziejki książek" i "Posłańca" Markusa Zusaka, rozpoczęłam wnikliwą lekturę "popularnej książki o czasie i przestrzeni" jak napisał o niej sam autor.


Pomimo uczucia, że mój mózg zbliża się właśnie do wielkiego wybuchu, kontynuowałam poszukiwanie recepty na spowolnienie upływu czasu. No i mam! Zacytuję Hawkinga:
"... czas powinien płynąć wolniej w pobliżu ciał o dużej masie ...".
To by się zgadzało! Odkąd utyłam, życie jakby zwolniło. Czyżby koniec z odchudzaniem!? Brzmi kusząco, ale chyba muszę to jeszcze przemyśleć.


                                                          
* EPP - English Paper Piecing -  technika patchworkowa polegająca na ręcznym zszywaniu kawałków tkanin, wcześniej uformowanych na papierowych szablonach, w figury geometryczne: np. sześciokąty (heksagony), trójkąty czy romby.

piątek, 29 lipca 2016

Szara bidulka, ale rozmiar słuszny

Przedstawiam moją nową kosmetyczkę. Naszyłam się jakby to cały neseser był.


Szara bidulka, ale rozmiar słuszny. Do tego ma tyle kieszonek ile mi się zachciało. 



A zachciało mi się, żeby było gdzie dać szczoteczkę i żeby grzebień miał swoje własne lokum. Zachciało mi się też  usztywnionego dna i żeby zamykała się bez problemu nawet po włożeniu całej butelki szamponu czy balsamu.



I jeszcze żeby nie nasiąkała wodą od postawienia na mokrej umywalce.
Łatki to resztki tkanin używanych do szycia wózków dziecięcych. Ponieważ mają wodoodporne wykończenie to liczę na nieprzemakalność całości.
Środek oczywiście z tkanin "wielokrotnie dekatyzowanych". Zamek - srebrna sprężynka z... Hm. No skąd ja mam zamek? Nie pamiętam, ale raczej nie kupiłam, ani tym bardziej, nie ukradłam. 
Dzisiejszą kosmetyczkę-UFO sponsoruje literka "U" jak Up-cykling.
Tylko usztywnienie (sprzedane mi, jako sztywnik krawiecki z klejem) jest nówka sztuka, ale jego przecież nie widać. 

Największą trudnością okazało się uszycie i wykończenie lamówką  dolnych rogów kosmetyczki. Szyłam już podobne konstrukcje, ale zaokrąglone. Tutaj jednak są kąty proste. No generalnie utrudniać sobie życie i szycie to ja umiem. Uszyłam, ale nie podjęłabym się wytłumaczyć nikomu jak to należy zrobić poprawnie. Na szczęście znam takich, co wiedzą i zasięgnę w najbliższym czasie języka. To, że się człowiek w niewiedzy urodził nie oznacza, że w niewiedzy ma trwać.   

Kolejne kosmiczne wyzwanie to... Nie wiem i nawet nie zaglądam do listy. Wiem, że w sierpniu z żadnymi kosmitami walczyć nie będę. Trudno się mówi i szyje się dalej. A nie!  Przepraszam! Tym razem nie szyje. Do połowy sierpnia nie - maszyna ma urlop. A co potem, to się jeszcze wyjaśni. 

środa, 29 czerwca 2016

Projektowanie dla cierpliwych

Miały być HST, bo to się tak łatwo szyje: dwa kwadraty, dwa szwy po przekątnej, jedno cięcie i już mamy gotowe dwa bloczki. A można i jeszcze łatwiej, bo można zszywać jednocześnie kilka kwadratów, narysowawszy je tylko uprzednio. Jeśli rozciąć je dopiero, kiedy przekątne są już przeszyte, to można szyć hurtem! A takie HST można i w Lecącą gąskę zszyć, i w Diament i w Zygzak i w Wiatraczek i w wiele innych mniej lub bardziej klasycznych bloków. Kusząco duże pole do popisu.
No, chyba że idziemy w to pole bez GPS-a, to lepiej uważać. Ja oczywiście zgubiłam się jak Mańka w parku.
Zaczęło się od okresowej przebieżki po Craft project patterns, gdzie wpadły mi w oko takie oto 2 projekty złożone z HST:
  
Spirale? Niekoniecznie! Kolory? Ładne te różnobarwne tasiemce, ale miało być szaro, bardziej szaro i mniej szaro. W drodze wyjątku biało i czarno. Z rozliczenia bloków wyszło, że zmieszczę 12 kwadratów na szerokość i 14 na długość czyli 168 sztuk. Dużo! Lepiej nie szyć w ciemno, żeby potem nie stwierdzić, że części kwadratów nie da się wkomponować. Postanowiłam pomóc nieco mojej wyobraźni, ale tylko w kwestii kształtu. Z różnorodnością wzorów na tkaninach sama sobie musiała poradzić.  I co? Kolorystyka oryginału robi swoje.



Nieco zrezygnowana, już już prawie byłam gotowa ciąć szmaty, aż tu przypadkowo.... trafiłam na fajny męski projekt z All people quilt .

Nastąpiło oświecenie!
Tym razem bez wspomagania wyobraźni kiepskimi rysunkami, bez tęsknoty do ubarwiania szarej szmacianej rzeczywistości, z całkowitą pewnością siebie chwyciłam najpierw za kalkulator a potem za nóż krążkowy i szmaty. Nareszcie! Poszło! Co wyszło to wyszło. Ja jestem zadowolona. Top miał być i top jest.

Piąty UFO zaliczony. 

UFO na czerwiec (tak tak, nadal czerwiec) okazał się być znów szary. Trafiło na kosmetyczkę podróżną. Miałam jedną stareńką i zniszczoną, ale bardzo udaną wymiarami, ilością kieszonek i temu podobnymi, kluczowo istotnymi drobiazgami. Chciałam ją odtworzyć, ale ugrzęzła na blisko 2 lata w kategorii "w-wolnej-chwili". Zaczęłam ją szyć (na zdjęciu są gotowe boki) z niewielkich resztek tkaniny używanej do produkcji wózków dziecięcych. Teraz pora dokończyć dzieło.



A wiecie co? Ja chyba polubię tą szarość. Nawet kupiłam 2 m całkiem przyjemnej bawełny w tym kolorze. Przyda się na jakieś plecy, bo szmatek do pocięcia mam jeszcze całe pudło. Jednak pokusa przełamania kolorystyki czymś bardziej kontrastowym nadal mnie nie opuszcza.


Niestety nadal jestem miesiąc "w plecy". Czas za szybko płynie. Szczególnie, że ciągle łapię kilka srok za ogon. Choćby DIY naszyjnik yo-yo dla Coricamo, albo kurs Ebru.






niedziela, 12 czerwca 2016

A uszy miał ogromne, muskularne...

Ach... nie żebym jakoś szczególnie uszy uwielbiała. To westchnienie było raczej do Macieja Zembatego. Ale żeby ponure klimaty mi się tu nie wkradły, potraktujmy to jako luźne skojarzenie.
Wracam  do uszu rzeczywistych. Właściwie do jednego ucha. Ucho należy do mojego nosidełka (nr 1 na liście "UFO Challenge 2016"). Najpierw zaprezentuję nosidełko oraz reakcję moich znajomych, którzy je zobaczyli po raz pierwszy. Zasadniczo można ją podzielić na 3 etapy:
Nosidełko - etap pierwszy: "Co to jest?"

Nosidełko - etap drugi: "Sprytne! Co tam przyniosłaś?"
Nosidełko - etap trzeci: "O! I nawet serwetkę masz!"

 Wróćmy jednak do ucha. Czemu ja się tak tego ucha uczepiłam? Bo jest sztywne i trwałe.  Pomimo ciężaru niesionego garnka nie zwija się w dłoni w nieestetyczny sznurek i dobrze się go trzyma.  Ucho wykonałam sama z...  taśmy marszczącej, pozostałej ze starej story. Od kiedy na ten pomysł wpadłam już nie wertuję internetu w poszukiwaniu gotowych uszu za cenę całej torby, zastanawiając się czy ten kolor na ekranie to będzie pasował do reszty tkanin, czy też okaże się zupełnie nietrafiony.
Oto cztery proste kroki do pięknych uszu:

 1. Taśmę do zasłon przycinam do odpowiedniej długości i wyciągam sznurki. Nie będą już potrzebne, można nimi np. pomidory podwiązać.
 2. Z wybranej tkaniny wycinam pas szerszy i dłuższy od taśmy o 1 cm z każdej strony. Układam taśmę na lewej stronie tkaniny, wywijam tkaninę na wierzch i przypinam szpilkami lub przyprasowuję.
 3. Całość składam wzdłuż na pół i stębnuję maszynowo 1-2 mm wokół brzegów.
4. Ucho gotowe do wszycia w cokolwiek.














W kolejce do szycia top narzuty, roboczo nazwany "Biało-szaro a nawet czarno". Tkanin do wyboru jest trochę, pomysłów bez liku. A co z nich wyjdzie? Nie mam pojęcia. Ja nawet jeszcze nie wiem w jakim stylu będzie. Jakoś skłaniam się w kierunku zastosowania bloków HST*. Dają one spore możliwości komponowania różnych kształtów. Sprzyjają też patchworkowi nowoczesnemu, na który od dawna miałam ochotę, ale wystraszyłam się nieco definicji tego stylu. W ślad za informacją jednej z jego wielbicielek, że definicja takowa się pojawiła, próbowałam ją zgłębić i poległam. Może jeszcze raz poczytam jak znajdę, gdzie to było. Może tym razem pójdzie lepiej?
Na narzucie polec nie zamierzam, chyba, że poleżeć na gotowej na łóżku. A styl.... to się jeszcze zobaczy. No nie wiem...
- Taka jestem dzisiaj  niezdecydowana... Ser, jogurt, parówki!
- Taka niepewna...  Chleb!


                                                          
HST - half-square triangle czyli kwadrat złożony z 2 trójkątów.

niedziela, 24 kwietnia 2016

A-7

A-7? Tak! Znak drogowy, bardziej znany jako "ustąp pierwszeństwa".
UFO ustąpiło pierwszeństwa bieżącym projektom. Można by pomyśleć, że leżę na łopatkach i macham odnóżami jak żuczek. UFO ma kosmiczny ubaw, a wy śmigacie po innych bardziej ruchliwych blogach.  Złapałam poważne opóźnienie, ale jeszcze nie odpuściłam.

O jednym z owych "bieżących projektów z pierwszeństwem przejazdu" chętnie kilka słów napiszę.
W ramach projektu "Za jeden uśmiech" uszyłam patchwork, który sprawił mi sporą radość. Chodzi o kołderkę dla Oliwii, która walczy z rakiem. Oliwia jest bardzo pogodną nastolatką, interesuje się modą, lubi czytać książki, lubi też gotować i prowadzi bloga. Pomiędzy wpisami o tym wszystkim co sprawia jej przyjemność, otwarcie mówi o niełatwej walce z chorobą. Obecnie jest w stanie remisji i trzymam kciuki, żeby tak już pozostało.
"Uśmiechowe" kołderki zawsze stanowią dla mnie wyzwanie. Składają się z haftów niekoniecznie pasujących tematycznie, kolorystycznie czy stylistycznie. Tematyka jest determinowana zainteresowaniami dziecka, zaś stylistyka i kolorystyka upodobaniami kołderkowych cioteczek i dostępnością wzorów. Dlatego zdarza się, że trzeba się nieco nagimnastykować, żeby każdy haft prezentował się pięknie i wyjątkowo. Nie chcę zawieść cioteczek, które oddały swoje wypieszczone prace w moje ręce. Kołderka ma dać uśmiech dziecku, ale i satysfakcję twórczyniom, bo ich wysiłek zasługuje na szacunek. Tym razem wyszło tak:



W kwietniowym dorobku mam też bardziej prozaiczne prace z gatunku:
- Mamo, możesz to naprawić? Potrzebuję na poniedziałek.


Tym razem był to metalowy guzik prawie wyrwany z jeansów.  Ponuro dyndał na kilku ostatnich nitkach odsłaniając dziurę po wyrwanym gwoździu. Pierwszą myśl, aby oddać do szewca, odrzuciłam ze względu na czas - sobotni wieczór.
Stary trik wychowawczy: "- Synku potrafisz, wiem że ci się uda" przestał działać już kilka lat temu.




Pozostało mi tylko wziąć się do roboty. Zaczęłam od destrukcji - wycięłam guzik do reszty. Następnie obszyłam brzegi dziury ściegiem dzierganym, ale każdą warstwę tkaniny paska oddzielnie.


 Ze starych spodni wycięłam guzik razem z tkaniną dobierając tak szerokość, aby łatka była mniejsza niż odległość między ściegiem stębnowym na brzegach paska. Po wewnętrznej stronie pozostawiłam nieco mniej tkaniny.

Następnie naprasowałam po kawałku dwustronnej termicznej taśmy i zerwałam ochraniające papierki.

Wsunęłam tkaninę w otwór po guziku do wnętrza paska i starannie ją wyprostowałam. Następnie przeprasowałam aby guzik przestał się przemieszczać. Wymagało to nieco dłuższego niż zwykle nagrzewania ze względu na grubość jeansu.


Od wewnętrznej strony wsunęłam podobnej wielkości kawałek czarnej cienkiej bawełny, żeby zasłonić kolor jeansowej łatki.
 Na koniec zrobiłam prosty szew wokół guzika tak blisko jak to możliwe, żeby metalowy guzik nie zagroził igle destrukcją. Spodnie oddałam właścicielowi.

- Dzięki mamo! Wiedziałem, że dasz radę!
Prawie zaniemówiłam. Zaraz! To moja kwestia!
No i kto tu kogo wychowuje?!


Ale wracając do UFO. Koszula szyje się powolutku, baaardzo powolutku, ale jednak.
Trzy tygodnie temu - szwy na mankietach - oczywiście krzywo. Chodzi o te brakujące 2 mm. Poszły do poprawki. Nie pytajcie po co. Quilterki to zrozumieją.

Dwa tygodnie temu rozporek na rękawie.

Wczoraj kołnierzyk i stójka.


W tempie emerytowanego żółwia, ale posuwa się. Trzymajcie kciuki za żółwie.

W kolejce do maszyny czeka nosidełko do garnków (czyli nr 1), które nosidełka póki co nie przypomina, ale jest nadzieja. Mam jeszcze  6 dni.

Liczę, że kolejne losowania będą mi sprzyjały i padnie wybór na mniej czasochłonne punkty z listy.

niedziela, 14 lutego 2016

Jak rozmnażają się kosmici

W 1929 roku Bronisław Malinowski, antropolog, po długich i wnikliwych badaniach opublikował słynne "Życie seksualne dzikich". A ja po prawie 100 latach od tego wydarzenia, zupełnie przypadkiem, dowiedziałam się jak rozmnażają się kosmici. Temat zaczęłam zgłębiać, niezbyt świadomie już w młodości, kiedy to z upodobaniem opowiadałam każdemu, kto tylko chciał słuchać, dowcip o pojawieniu się zielonego ludzika w kolejce po mięso. "Gimby nie znajo" ani kolejek po mięso, ani dowcipu. A leciał on tak:
Na końcu kolejki pojawił się mały ludzik. Stanął za ładną dziewczyną i postukał ją końcem palca w ramię, mówiąc:
- Hej, jestem UFO i przyleciałem z kosmosu.
- I co z tego! - ofuknęła go dziewczyna.
Ludzik znowu postukał ją palcem w ramię i powtarza:
- Hej, jestem UFO i przyleciałem z kosmosu.
- I co z tego!!! - powiedziała jeszcze bardziej oburzona.
A ludzik znów:
- Hej jestem UFO. Przyleciałem z kosmosu.
Na co dziewczyna:
- Z kosmosu? A jak wy się tam rozmnażacie?
Ludzik znów postukał ją palcem w ramię i odpowiedział:
- No, właśnie tak!

Od tego czasu zupełnie zarzuciłam zainteresowanie życiem intymnym obcych aż do dzisiaj. Jak do tego doszło?

Kiedy szyłam moje panele i serwetę - nr 2 na liście „UFO Challenge 2016” - postawiłam, jak zwykle, obok siebie 2 pudła ze ścinkami. Pudła nie są wielkie, dlatego są dwa. Są dwa również,  dlatego żeby oddzielać kolory zimne od ciepłych. Kiedy szyję, dorzucam do nich powstające ścinki. Przecież nie można wyrzucić cennej ślicznej tkaninki. To nic, że jest jej zaledwie 5 x 5 cm. Żal i już! Przecież to się przyda. Też tak macie? Powiedzcie, że macie. Proszę.
Ale czasem, na szczęście,  niektóre wyjmuję z pudeł i naszywam na zawsze leżące koło maszyny kawałki papieru lub "niechodliwych" tkanin. Aby nie przepełnić pudeł, staram się, mniej więcej w równych ilościach, wyjmować i wkładać do nich ścinki. Kiedy robię długi i nudny szew przez cały panel, chętnie dla równowagi robię też kilka krótszych na ścinkach. Prasować też wolę kilka niż jeden szew. W przeciwnym razie szycie przypomina wojskową musztrę. Takie quiltowe padnij- powstań. Tak też było i tym razem.

W trakcie szycia, mój ciężko wypracowany projekt (nawet nie wiecie jak ciężko, bo nieco z tych zmagań ostatnio ukryłam przed Wami) znowu uległ zmianie i zyskał dodatkowe dwie poduszki. Obszywałam więc te wszystkie "kwadratowe wariaty" kilometrami to żółtych, to brązowych pasów. W każdym razie miałam wrażenie, że to są kilometry. Pracowałam jak zaprogramowany robot: przyszyj, rozprasuj, przytnij, przyszyj, rozprasuj, przytnij i tak do znudzenia. Co jakiś czas sięgałam do pudeł, to wrzucając ścinki, to wyjmując. Wkładałam żółte i brązowe, a wyjmowałam niebieskie i czerwone. Wszystko oczywiście po to, aby pudła się nie przepełniły. Mój UFO rósł sobie powolutku, ale konsekwentnie. Ścineczki z kolei dyskretnie zamieniały się w kolorowe konglomeraty łatek, które odkładałam na bok, nie poświęcając im póki co większej uwagi. W tym czasie kilka razy zabrakło mi nici w bębenku, raz na szpulce i dwa razy dolewałam wody do stacji parowej. Aż wreszcie miałam wszystkie kolorowe topy gotowe. Udało się! Dzięki kolejnym godzinom przy maszynie topy zamieniły się w gotowe patchworki. 
 Efekt widać.


Po skończeniu kompletu crazy sięgnęłam po odkładane na bok niebiesko-czerwone łaciaki. Przycięłam do wymiaru 30 x 30 cm każdy. I naliczyłam ich.... dziewięć. Jeszcze dwa leżały niedokończone obok maszyny. Rozłożyłam je na macie i przyglądałam się im z niedowierzaniem. 


Ilość zużytych nici i kilometry szwów nabrały nagle sensu. Jak ja mogłam nie zauważyć, że aż tyle ich uszyłam? Jak to się stało?
Poczułam nagle stukanie w ramię. "No, właśnie tak!"-  przemknęło mi przez głowę, gdy zdejmowałam słuchawki. Wtedy usłyszałam głos córki:
- Mamo, masz ochotę na połowę pomelo?
Miałam.

W meczu UFO - JA póki co wynik 1:1.

Na luty wylosowano nr 5.

Oto moje kolejne UFO świeżo po wyjęciu z lamusa.

środa, 20 stycznia 2016

Jak poprawić projekt i nie zwariować?

Dobre pytanie! Też chciałabym wiedzieć.
Wszędzie można znaleźć posty w stylu "Pomóżcie wybrać tło patchworku" lub "Która ramka 1, 2, 3, lub 4?". Takie dylematy mają chyba wszyscy, którzy próbują coś zaprojektować. Perspektywa pracochłonnej realizacji projektu i ponura wizja ewentualnego rozczarowania efektem powoduje, że nie jest łatwo zdecydować.
Z projektami bywa różnie. Czasem mamy pomysł tak jasny, że skupić się trzeba w zasadzie tylko na stronie technicznej uzyskania zamierzonego efektu. Muszę jednak przyznać, że słowo "tylko" często okazuje się nadużyciem. Bywa też tak, że mozolnie kombinujemy: co?  jak?  z czego? A do tych trzech, w miarę zastanawiania się, dołączają kolejne znaki zapytania. Tym razem u mnie rozpanoszyła się druga opcja i nawet nie próbuje się kamuflować.

Pierwotnie miała to być kapa-pokrowiec na młodzieżowy tapczan. Kwadraciki w ładnym rządku wkoło kapy.


Tylko młodzież jakoś niepostrzeżenie wyrosła. Ten wymiar mebli wyszedł już u nas z mody.
Rozgoniłam więc kwadraty nieco na boki. Dodałam dwie ramki i ........


stwierdziłam, że projekt mi się nie podoba.
Brak mu  harmonii. Nadmiar kształtów: kwadraty, prostokąty i zarys owalu. Kompozycje symetryczne zwykle są harmonijne, ale jak widać nie wszystkie. No i nie ma co ukrywać - trochę nuuda. A i samego pomysłu powiększonej narzuty nie byłam całkiem pewna. Kolejne przetasowania kwadratów nie dawały zadowalającego efektu. Aż tu nagle...

Jedno spojrzenie na okno i ....eureka! Dwa panele okienne i kwadratowa serweta do kompletu. To jest to! 

Gnam do maszyny, bo już minęła połowa stycznia. Przykro by było wyłożyć się na pierwszym UFO.




piątek, 8 stycznia 2016

Szalona dwudziestka

Mam 20 kwadratów i żaden nie jest normalny. Wszystkie crazy!
Do już posiadanych czterech, dołączyło szesnaście kolejnych. To takie dokładnie zaplanowane szaleństwo, bo chciałam mieć po cztery jednakowe sztuki.

Rezygnacja z metody: "biorę z pudła jak leci", stała się koniecznością. W innym przypadku bloki nie byłyby przecież jednakowe.
Zamiana na technikę PP kosztowała mnie wykonie czterech szablonów do krojenia szmatek i szesnastu papierowych podkładów do szycia. O ile na podkład potrzebny jest raczej cienki papier np. łatwo dostępny i tani półpergamin, o tyle na szablony trzeba coś nieco solidniejszego.
Narysowałam  je więc na ..... rozciętej torbie po prezentach.


Torby takie mają kilka cennych cech:
  • produkują je z dość grubego papieru, więc są i cienkie, i sztywne jednocześnie, 
  • mają niezadrukowane wnętrze, na którym można rysować zwykłym długopisem,
  • mają gładką, wytrzymałą powierzchnię,
  • okresowo same przychodzą do domu. U mnie ostatnia dostawa była w grudniu. A jaki to komfort dla kogoś, kto nie wie co mi podarować! Nawet jeśli nie trafi z prezentem, to z torbą zawsze.
No i wydało się! Nie lubię bezrefleksyjnie zapełniać wysypisk. Staram się maksymalnie wykorzystywać potencjał, który drzemie w zwykłych przedmiotach. Nie zrażam się nawet jeśli projektant tego konkretnego zastosowania nie przewidział.

Jednak zanim schemat z torby stał się zestawem szablonów do krojenia poszczególnych łatek, wycięłam "z grubsza" kwadraty z papieru półpergaminowego. Przy pomocy dużej szpilki przeniosłam przecięcia linii na tyle kawałków pergaminu, ile podłożyłam pod schemat. Nie zapomniałam o rogach całego bloku. Dzięki temu grubość "torbianego" papieru nie stała się problemem podczas kopiowania wzoru na podkłady. Jeszcze tylko trochę zabawy w "połącz kropki według wzoru" zaczynając oczywiście od zewnętrznych linii, czyli dokładnie odwrotnie niż kolejność szycia i podkłady gotowe. Ja, leniwie nieco, tylko pozaginałam papier. Idzie szybciej, ale ogranicza nieco późniejsze używanie żelazka.
Mając gotowe podkłady, można ciąć - najpierw szablon, a zaraz po nim szmatki. Pozostaje już tylko ponaszywać je na pergamin, zgodnie z zasadami techniki PP.

Efekt zmagań wygląda całkiem nieźle.



  
Tylko mam mały dylemat. Szyć więcej kwadratów? A może już wystarczy tego wariactwa?  
Chyba przyszła najwyższa pora na uwspółcześnienie projektu. 

piątek, 1 stycznia 2016

Kto wierzy w UFO?

Ja w UFO nie wierzę. To znaczy nie wierzę, że UnFinishedObjects dają się wyplenić do cna. Mam mnóóóóstwo takich "obcych" w domu. Wolę nie liczyć ilu, bo ta liczba mogła by mnie powalić. No po prostu  hotel for aliens!
Tak czy siak, zainspirowana akcją znalezioną na stronie  allpeoplequilt.com  postanowiłam  stanąć do walki.

Akcja polega na zrobieniu listy złożonej z dwunastu UFO.
Tutaj pojawił się niejaki kłopot w wyborze szczęśliwców, którym poświęcę w tym roku uwagę. Działanie na zasadzie pierwszy lepszy całkiem nieźle się sprawdziło, dając zadowalający efekt.
Teraz już tylko na początku każdego miesiąca losujemy jeden numer i pracujemy nad wybranym obcym  w celu wykończenia go lub siebie. Pracujemy do końca miesiąca lub do końca obcego, jakkolwiek potwornie by to nie brzmiało. Najlepiej, aby te dwa warunki udało się spełnić jednocześnie.

Trochę nie dowierzam, że wytrwam w postanowieniu i faktycznie 12 zaległych sztuk dokończę. Bardziej prawdopodobne jest, że w tak zwanym międzyczasie powstanie kolejnych 12 albo i więcej, prac w kategorii "kiedyś-to-zrobię".  Raz kozie śmierć! Próbuję!

W styczniu padło na zaczętą sto lat temu narzutę crazy. Póki co jest kilka kwadratów i zarys całości szumnie zwany projektem. Projekt zapewne ulegnie zmianie, bo obecne potrzeby są już nieco inne. Kwadraty szyłam ulubioną wówczas metodą przez papier, więc zmieniać jej nie będę.

Kilka gotowych bloków. 

No to od jutra start. Dzisiaj tylko przegląd wojska.


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Wszyscy mają bloga, mam i ja!


Tak, wiem, że to była reklama gumy a nie bloga.  Wiem również, że nie wszyscy mają blogi, ale sporo ich i coraz więcej. Dołączam i ja.
Od hohoho lat a może i dłużej, zajmuję się nieprofesjonalnie rękodziełem. Od ponad dwudziestu patchworkiem.

Na przykład takim

Sporo umiem ale i wciąż sporo pozostało do nauczenia się. Ta druga kategoria zdecydowanie jest liczniejsza, czyli nudno mi nie będzie. Mam nadzieję, że i Wam, którzy tu przypadkiem lub świadomie zajrzycie, coś ciekawego uda się znaleźć.