środa, 12 października 2016

Biebrznięte all inclusive

W naszej rodzinie wymarzone wakacje to "all inclusive". Jednak my preferujemy tylko takie "all", o które sami zadbamy, żeby było "inclusive".

W poszukiwaniu odpowiednio dzikiej dziczy trafiliśmy 6 lat temu na Biebrzę. Wtedy dzicz nie mogła być zbyt głęboka ze względu na obecność naszych latorośli. Tratwy wydały się idealne i takimi okazały się być w rzeczywistości. Wyjechaliśmy z poczuciem, że zobaczyliśmy i przeżyliśmy zaledwie niewielką, wręcz mikroskopijną, cząstkę tego co jest do zobaczenia i przeżycia. Zachwyciła nas przyroda, kuchnia, architektura i ludzie. Już zasiedlony, ale jeszcze nie zadeptany skrawek Polski.

Ponieważ pomimo upływu czasu, niedosyt tamtego spływu jeszcze ciągle nam nie minął, znów zarezerwowaliśmy tratwę u Rumcajsa w Kopytkowie. Tym razem na pełne 2 tygodnie. Kolejny tydzień przeznaczyliśmy na stacjonarne łasuchowanie miejscowych przysmaków: sękaczy, mrowisk, blinów, kartaczy, kibinów, czenaków i innych pyszności, których u nas próżno szukać.

Nasza tratwa już w podróży.
Postanowiłam wykupić ubezpieczenie na okres spływu. Panie w firmie ubezpieczeniowej były szczerze zaskoczone celem naszej podróży. Tak samo jak wiele z Was, zasypały mnie pytaniami:
- Tratwa?  Ale jak się tym płynie? 
- Z prądem... rzeki oczywiście, bo zasadniczo prądu tam nie ma. Działamy unplugged. No chyba, że ktoś preferuje inny rodzaj prądu, ale osobiście nie polecam. 
- Ale silnik jakiś chyba jest?
- Napęd wyłącznie mięśniowy. Są 2 wiosła i 3 pychy: 2 długie napędowe i 1 krótszy manewrowy.
- A jeśli tratwa się wywróci? 
Miałam ochotę odpowiedzieć, że po to się  właśnie ubezpieczam. Jednak w obawie przed podniesieniem stawki, odpowiedziałam zgodnie z prawdą,
- Nie jest łatwo wywrócić pływającą platformę o wymiarach 6 na 2,5 metra.
- A jeśli ktoś wpadnie do wody?
- Jest reling wokół platformy, wszyscy umieją pływać, a w wyposażeniu jest koło ratunkowe i kapoki.
Panie upewniwszy się, że jednak jest szansa na ujście z życiem z tej eskapady, pytały dalej.
- Ale gdzie śpicie? 
- Na tratwie jest drewniana budka, w której się mieszka i śpi oczywiście też. Ma nawet sypialne pięterko. Jeśli ma się materace i śpiwory to jest nawet wygodnie. 
- No, ale przybijacie do brzegu? Na posiłki chociażby.
- Nie wszędzie można, ale nie ma takiej potrzeby. Gotujemy na tratwie na palniku gazowym. Gaz z butli turystycznej. 
- To jest jakaś kuchnia!? - w głosie było słychać jakby ulgę, ale nie na długo.
- Budka na tratwie ma część sypialną i część kuchenną. 
- A woda?
- Wodę pitną zabieramy ze sobą w beczce.
Panie nadal sprawiały wrażenie zdezorientowanych, choć odpowiadałam zgodnie z prawdą i bez owijania w bawełnę. Jedna z nich wykrztusiła w końcu:
- No... a ubikacja? 
- Jest! - powiedziałam triumfalnie -Turystyczna. Trzeba ją okresowo opróżniać, ale to nie jest wielki kłopot. 
- A  mycie? Higiena? Jakaś bieżąca woda chyba jest? - dopytywała koleżanka. 
- Owszem jest bieżąca woda - w Biebrzy. 
Musiałam przyrzec, że jak już wrócę, to przy okazji wpadnę i pokażę zdjęcia. Polisę szczęśliwie otrzymałam w standardowej cenie.

Starannie przygotowani na wszystko i pod każdym względem, zaopatrzeni w niezbędny sprzęt kuchenny i turystyczny oraz wszelkiej maści środki przeciw komarom dojechaliśmy na miejsce. Sprawnie przejęliśmy w posiadanie tratwę. Rumcajs równie sprawnie przetransportował nas i cały nasz wakacyjny dobytek do miejsca startu, którym była plaża miejska w Sztabinie. 
W miejscowym sklepie spożywczym dokonaliśmy niezbędnych zakupów. Sporo ich było, bo kolejny sklep, i to obwoźny, który w jednym miejscu pozostawał tylko przez 30 minut, mieliśmy spotkać dopiero za 4 lub 5 dni. Po czym z okrzykiem "No to spływamy!" odbiliśmy od brzegu. Czas zareagował natychmiast i zaczął płynąć równie wolno jak sama Biebrza.
Pogoda wymarzona - nie ma wiatru, jest słońce ale nie praży.
Co zrobiliśmy z tym spowolnionym czasem, to częściowo opowiedziałam już w poprzednim poście. Było więc czytanie, było rysowanie, było i szycie. Ale było też podziwianie porannych mgieł i wieczornych zachodów słońca, oglądanie przepięknie zmiennego nieba i śledzenie lotu ptaków, do których to czynności służył nam przeważnie dach kuchni. Było również wiosłowanie i była praca na pychach.
Silnik główny - Biebrza i dwa, silniki manewrowe pan M i pan K przy pracy
A! Jeszcze był brak wiosłowania i pychowania! A było to tak.
Pewnego razu, niebo systematycznie nas podlewało, niewielkimi, ale dość chłodnymi porcjami wody. Nawiasem mówiąc, zaliczyliśmy wszystkie możliwe odmiany ładnej i brzydkiej pogody za wyjątkiem śniegu i gradu. Kiedy tylko zaczynało kropić, przy pomocy metalowych palików cumowaliśmy do grząskiego brzegu i kryliśmy się w części jadalnej tratwy. Po przejściu chmury wyciągaliśmy paliki, płukali z czarnej ziemi, buchtowali cumę i wyruszali w dalszą drogę. Po trzeciej czy czwartej "przekropce". Płukanie palików i zwijanie cumy zaczynało robić się nudnawe i uciążliwe. W końcu mój mąż zawyrokował:
 - Nie będę palikować tratwy. Niech sobie płynie. - I wszedł do kabinki. 
Z lekkim zaniepokojeniem, ale i z ciekawością zaczęliśmy obserwować co Biebrza z nami pocznie. 
Z początku tratwa płynęła raz przodem, raz bokiem, raz tyłem utrzymując się w nurcie. Po czym na pierwszym zakolu zaryła nosem w brzeg i stanęła. Zadowoleni z takiego obrotu sprawy, zajęliśmy się gotowaniem obiadu. W tym czasie nieco zmienił się kierunek wiatru, który na spółkę z prądem Biebrzy utrzymywał nas w miejscu. Tratwa leciutko odsunęła tylną część od brzegu i odwróciła się o 180 stopni przemieszczając się tym sposobem w dół rzeki. Przednia część pozostawała  przy brzegu. Na krótko znów znieruchomiała po czym zrobiła kolejny półobrót, pokonując następne kilka metrów.  Biebrzański prąd "łapał" tratwę na przemian za przód i za tył i obracał nią jak zabawką wzdłuż brzegu. Nazwaliśmy to "turlaniem dropsa". Od tego czasu dropsy niezmiennie kojarzyły się nam z gotowaniem obiadu.
Pomiędzy posiłkami uczciwie wiosłowaliśmy lub pychowaliśmy tworząc z każdym dniem coraz sprawniejszą i zgrana załogę. Pod koniec spływu mogliśmy płynąć nawet pod prąd. Ja rezerwowałam sobie zawsze długi pych, co bardzo odpowiadało moim zbyt często zgarbionym plecom. 

Spływ zakończyliśmy we Wroceniu, o niecały dzień przed słynną Twierdzą Osowiec, której jednak nie zwiedziliśmy, gdyż nasz samochód został w Kopytkowie i już nawet zarósł trawą. Rumcajs nie mógł czekać na nas bo następni chętni stali w kolejce. Nie widzieliśmy też żadnego łosia ani bobra, ani nie spróbowaliśmy wszystkich regionalnych pyszności. Jednak te, które skosztowaliśmy mogą konkurować z niejednym wykwintnym daniem i chętnie raczylibyśmy się nimi częściej. Jest więc po co wracać. Jeśli nie wymyślimy gdzie nas jeszcze nie było, to pewnie kiedyś znów pojedziemy na Biebrzę. Może tym razem szlakiem rowerowym Green Velo? Na pewno nie na kajaki. Choć  można nimi płynąć nieporównanie szybciej, to perspektywa posuwania się w tunelu z wysokich szuwarów nas nie pociąga.

sobota, 3 września 2016

Krótka historia czasu ...

... albo może inaczej "Historia krótkiego czasu"? U Stephena Hawkinga to pierwsze, u mnie raczej to drugie. Urlop jaki by nie był, to zawsze jest za krótki. No chyba, że właśnie prosisz o niego szefa, wtedy zawsze jest za długi. Tak w skrócie wygląda moja prywatna szczególna teoria względności.

Urlop miał aż 3 tygodnie, z czego 2 (podobno rekordowo długo) spędziłam, pozwalając się leniwie popychać biebrzańskiemu prądowi, zaś trzeci na biwaku pod Augustowem. Określenie "leniwie popychać" dotyczy zarówno mnie jak i prądu, bo 0,7 km/h to nie jest zawrotna prędkość, przy czym ani ja, ani reszta mojej rodziny nie poganialiśmy naszej tratwy zbytnio. Z tego powodu pokonała zaledwie nieco ponad 36 km. Tylko jakie to były kilometry! Jakaż to była wspaniała czasoprzestrzeń! Jakie tam były widoki! Po prostu kosmos!


Kosmos reprezentowały również kolejne UFO. Dopadły mnie i tam. Dopadły, a potem pokonały. Nie dość, że przed wyjazdem lękliwie nie sprawdziłam nawet, który z nich przypada na sierpień, to jeszcze zabrałam ze sobą ręczne szycie spoza listy. Tak na wszelki wypadek, jakby mi się skończyły książki, żeby nie oszaleć z tego całego wypoczynku. Padło na moje mikro-kwadraciki. Ich wymiary: 4 x 4 wydawały się pasować do biebrzańskich  off-roadowych warunków. Do tego arkusz heksagonów. Malutkich heksagonów.


Oj, nie przemyślałam ja tego! Oj, nie! Jak łatwo się domyślić nie dość, że nie dokończyłam w sierpniu żadnego UFO, to jeszcze powstał zaczątek mojej zupełnie nowej narzuty EPP*. Ma ona dzisiaj 30 cm długości i 20 cm w najszerszym miejscu i składa się póki co ze 107 elementów, więc nieprędko ja ją skończę. Oj, nieprędko!


Lepszą decyzją było włożenie do bagażu paczki pisaków do tkanin. To był odruch warunkowy wywołany pospiesznym zakupem, jedynych pasujących, zupełnie białych tenisówek. Pomyślałam, że z tej wyprawy raczej nie wrócą one białe.



No i wykrakałam! Jednak nie są też kolorowe, a mogłyby być. Przywiozłam więc kolejne, już drugie UFO.

Podsumowując: mam 6 UFO skończonych, 2 nowe i jeszcze 2 zaległe z lipca i sierpnia. Jeszcze się bronię, ale już słabnę.

W obliczu takiego zmasowanego ataku kosmitów, jeszcze podczas spływu, po skończeniu "Złodziejki książek" i "Posłańca" Markusa Zusaka, rozpoczęłam wnikliwą lekturę "popularnej książki o czasie i przestrzeni" jak napisał o niej sam autor.


Pomimo uczucia, że mój mózg zbliża się właśnie do wielkiego wybuchu, kontynuowałam poszukiwanie recepty na spowolnienie upływu czasu. No i mam! Zacytuję Hawkinga:
"... czas powinien płynąć wolniej w pobliżu ciał o dużej masie ...".
To by się zgadzało! Odkąd utyłam, życie jakby zwolniło. Czyżby koniec z odchudzaniem!? Brzmi kusząco, ale chyba muszę to jeszcze przemyśleć.


                                                          
* EPP - English Paper Piecing -  technika patchworkowa polegająca na ręcznym zszywaniu kawałków tkanin, wcześniej uformowanych na papierowych szablonach, w figury geometryczne: np. sześciokąty (heksagony), trójkąty czy romby.

piątek, 29 lipca 2016

Szara bidulka, ale rozmiar słuszny

Przedstawiam moją nową kosmetyczkę. Naszyłam się jakby to cały neseser był.


Szara bidulka, ale rozmiar słuszny. Do tego ma tyle kieszonek ile mi się zachciało. 



A zachciało mi się, żeby było gdzie dać szczoteczkę i żeby grzebień miał swoje własne lokum. Zachciało mi się też  usztywnionego dna i żeby zamykała się bez problemu nawet po włożeniu całej butelki szamponu czy balsamu.



I jeszcze żeby nie nasiąkała wodą od postawienia na mokrej umywalce.
Łatki to resztki tkanin używanych do szycia wózków dziecięcych. Ponieważ mają wodoodporne wykończenie to liczę na nieprzemakalność całości.
Środek oczywiście z tkanin "wielokrotnie dekatyzowanych". Zamek - srebrna sprężynka z... Hm. No skąd ja mam zamek? Nie pamiętam, ale raczej nie kupiłam, ani tym bardziej, nie ukradłam. 
Dzisiejszą kosmetyczkę-UFO sponsoruje literka "U" jak Up-cykling.
Tylko usztywnienie (sprzedane mi, jako sztywnik krawiecki z klejem) jest nówka sztuka, ale jego przecież nie widać. 

Największą trudnością okazało się uszycie i wykończenie lamówką  dolnych rogów kosmetyczki. Szyłam już podobne konstrukcje, ale zaokrąglone. Tutaj jednak są kąty proste. No generalnie utrudniać sobie życie i szycie to ja umiem. Uszyłam, ale nie podjęłabym się wytłumaczyć nikomu jak to należy zrobić poprawnie. Na szczęście znam takich, co wiedzą i zasięgnę w najbliższym czasie języka. To, że się człowiek w niewiedzy urodził nie oznacza, że w niewiedzy ma trwać.   

Kolejne kosmiczne wyzwanie to... Nie wiem i nawet nie zaglądam do listy. Wiem, że w sierpniu z żadnymi kosmitami walczyć nie będę. Trudno się mówi i szyje się dalej. A nie!  Przepraszam! Tym razem nie szyje. Do połowy sierpnia nie - maszyna ma urlop. A co potem, to się jeszcze wyjaśni. 

środa, 29 czerwca 2016

Projektowanie dla cierpliwych

Miały być HST, bo to się tak łatwo szyje: dwa kwadraty, dwa szwy po przekątnej, jedno cięcie i już mamy gotowe dwa bloczki. A można i jeszcze łatwiej, bo można zszywać jednocześnie kilka kwadratów, narysowawszy je tylko uprzednio. Jeśli rozciąć je dopiero, kiedy przekątne są już przeszyte, to można szyć hurtem! A takie HST można i w Lecącą gąskę zszyć, i w Diament i w Zygzak i w Wiatraczek i w wiele innych mniej lub bardziej klasycznych bloków. Kusząco duże pole do popisu.
No, chyba że idziemy w to pole bez GPS-a, to lepiej uważać. Ja oczywiście zgubiłam się jak Mańka w parku.
Zaczęło się od okresowej przebieżki po Craft project patterns, gdzie wpadły mi w oko takie oto 2 projekty zlożone z HST:
  
Spirale? Niekoniecznie! Kolory? Ładne te różnobarne tasiemce, ale miało być szaro, bardziej szaro i mniej szaro. W drodze wyjątku biało i czarno. Z rozliczenia bloków wyszło, że zmieszczę 12 kwadratów na szerokość i 14 na długość czyli 168 sztuk. Dużo! Lepiej nie szyć w ciemno, żeby potem nie stwierdzić, że części kwadratów nie da się wkomponować. Postanowiłam pomóc nieco mojej wyobraźni, ale tylko w kwestii kształtu. Z różnorodnością wzorów na tkaninach sama sobie musiała poradzić.  I co? Kolorystyka oryginału robi swoje.



Nieco zrezygnowana, już już prawie byłam gotowa ciąć szmaty, aż tu przypadkowo.... trafiłam na ten projekt z All people quilt .

Nastąpiło oświecenie!
Tym razem bez wspomagania wyobraźni kiepskimi rysunkami, bez tęsknoty do ubarwiania szarej szmacianej rzeczywistości, z całkowitą pewnością siebie chwyciłam najpierw za kalkulator a potem za nóż krążkowy i szmaty. Nareszcie! Poszło! Co wyszło to wyszło. Ja jestem zadowolona. Top miał być i top jest.

Piąty UFO zaliczony. 

UFO na czerwiec (tak tak, nadal czerwiec) okazał się być znów szary. Trafiło na kosmetyczkę podróżną. Miałam jedną stareńką i zniszczoną, ale bardzo udaną wymiarami, ilością kieszonek i temu podobnymi, kluczowo istotnymi drobiazgami. Chciałam ją odtworzyć, ale ugrzęzła na blisko 2 lata w kategorii "w-wolnej-chwili". Zaczęłam ją szyć (na zdjęciu są gotowe boki) z niewielkich resztek tkaniny używanej do produkcji wózków dziecięcych. Teraz pora dokończyć dzieło.



A wiecie co? Ja chyba polubię tą szarość. Nawet kupiłam 2 m całkiem przyjemnej bawełny w tym kolorze. Przyda się na jakieś plecy, bo szmatek do pocięcia mam jeszcze całe pudło. Jednak pokusa przełamania kolorystyki czymś bardziej kontrastowym nadal mnie nie opuszcza.


Niestety nadal jestem miesiąc "w plecy". Czas za szybko płynie. Szczególnie, że ciągle łapię kilka srok za ogon. Choćby DIY naszyjnik yo-yo dla Coricamo, albo kurs Ebru.






niedziela, 12 czerwca 2016

A uszy miał ogromne, muskularne...

Ach... nie żebym jakoś szczególnie uszy uwielbiała. To westchnienie było raczej do Macieja Zembatego. Ale żeby ponure klimaty mi się tu nie wkradły, potraktujmy to jako luźne skojarzenie.
Wracam  do uszu rzeczywistych. Właściwie do jednego ucha. Ucho należy do mojego nosidełka (nr 1 na liście "UFO Challenge 2016"). Najpierw zaprezentuję nosidełko oraz reakcję moich znajomych, którzy je zobaczyli po raz pierwszy. Zasadniczo można ją podzielić na 3 etapy:
Nosidełko - etap pierwszy: "Co to jest?"

Nosidełko - etap drugi: "Sprytne! Co tam przyniosłaś?"
Nosidełko - etap trzeci: "O! I nawet serwetkę masz!"

 Wróćmy jednak do ucha. Czemu ja się tak tego ucha uczepiłam? Bo jest sztywne i trwałe.  Pomimo ciężaru niesionego garnka nie zwija się w dłoni w nieestetyczny sznurek i dobrze się go trzyma.  Ucho wykonałam sama z...  taśmy marszczącej, pozostałej ze starej story. Od kiedy na ten pomysł wpadłam już nie wertuję internetu w poszukiwaniu gotowych uszu za cenę całej torby, zastanawiając się czy ten kolor na ekranie to będzie pasował do reszty tkanin, czy też okaże się zupełnie nietrafiony.
Oto cztery proste kroki do pięknych uszu:

 1. Taśmę do zasłon przycinam do odpowiedniej długości i wyciągam sznurki. Nie będą już potrzebne, można nimi np. pomidory podwiązać.
 2. Z wybranej tkaniny wycinam pas szerszy i dłuższy od taśmy o 1 cm z każdej strony. Układam taśmę na lewej stronie tkaniny, wywijam tkaninę na wierzch i przypinam szpilkami lub przyprasowuję.
 3. Całość składam wzdłuż na pół i stębnuję maszynowo 1-2 mm wokół brzegów.
4. Ucho gotowe do wszycia w cokolwiek.














W kolejce do szycia top narzuty, roboczo nazwany "Biało-szaro a nawet czarno". Tkanin do wyboru jest trochę, pomysłów bez liku. A co z nich wyjdzie? Nie mam pojęcia. Ja nawet jeszcze nie wiem w jakim stylu będzie. Jakoś skłaniam się w kierunku zastosowania bloków HST*. Dają one spore możliwości komponowania różnych kształtów. Sprzyjają też patchworkowi nowoczesnemu, na który od dawna miałam ochotę, ale wystraszyłam się nieco definicji tego stylu. W ślad za informacją jednej z jego wielbicielek, że definicja takowa się pojawiła, próbowałam ją zgłębić i poległam. Może jeszcze raz poczytam jak znajdę, gdzie to było. Może tym razem pójdzie lepiej?
Na narzucie polec nie zamierzam, chyba, że poleżeć na gotowej na łóżku. A styl.... to się jeszcze zobaczy. No nie wiem...
- Taka jestem dzisiaj  niezdecydowana... Ser, jogurt, parówki!
- Taka niepewna...  Chleb!


                                                          
HST - half-square triangle czyli kwadrat złożony z 2 trójkątów.

środa, 25 maja 2016

Chłopiec z plakatu i inne bajki

Kosmiczny miesiąc znowu mija! Poczułam jak trudno jest połączyć obowiązki domowe i jakiekolwiek inne, nawet jeśli sama je sobie narzuciłam.
Koszula gotowa, ale model niekoniecznie, a wieszak nie współpracuje - nieużytek jeden! Dość narzekania. Foty proszę!
Oto są:

Chłopiec z plakatu

Wieszak i Narnia
Człowiek przy grillu

Liczę i liczę a rachunek nadal mi się nie zgadza. Ja kończę czwarte UFO, a rok kończy piąty miesiąc. Rok jest zdecydowanie szybszy. Może by tak starzeć się w takim tempie? Mija sobie rok, a u mnie dopiero osiem miesięcy. Genialne! Że też ja wcześniej na to nie wpadłam. Tak czy siak obecny rok jest zdecydowanie za stary. A jakie ja mam jeszcze plany z nim związane! Takie duże! Trzymajcie kciuki, żeby biedaczek zdążył.
Jeden tajny plan właśnie kończę. Jak się odtajni, to się pochwalę. Powiem tylko, że projektowanie jest fajne, choć czasochłonne.

Dla niecierpliwych widok przez szczelinę na listy.

Sama chyba do niecierpliwych się zaliczyć muszę. Miałam jeszcze nosidełko zaprezentować, ale dam mu jeszcze kilka chwil wolnego, choć przychodzi mi to z trudem. Tyle co spod aparatu się wyrwało, niech sobie nieco poleży spokojnie a ja w tym czasie poobrabiam zdjęcia.
Zdjęcia i ich obróbka to chyba dla mnie obecnie najtrudniejsze zadanie. Jestem egzemplifikacją powiedzenia: "Człowiek uczy się całe życie....". Nie, nie dokończę!

niedziela, 24 kwietnia 2016

A-7

A-7? Tak! Znak drogowy, bardziej znany jako "ustąp pierwszeństwa".
UFO ustąpiło pierwszeństwa bieżącym projektom. Można by pomyśleć, że leżę na łopatkach i macham odnóżami jak żuczek. UFO ma kosmiczny ubaw, a wy śmigacie po innych bardziej ruchliwych blogach.  Złapałam poważne opóźnienie, ale jeszcze nie odpuściłam.

O jednym z owych "bieżących projektów z pierwszeństwem przejazdu" chętnie kilka słów napiszę.
W ramach projektu "Za jeden uśmiech" uszyłam patchwork, który sprawił mi sporą radość. Chodzi o kołderkę dla Oliwii, która walczy z rakiem. Oliwia jest bardzo pogodną nastolatką, interesuje się modą, lubi czytać książki, lubi też gotować i prowadzi bloga. Pomiędzy wpisami o tym wszystkim co sprawia jej przyjemność, otwarcie mówi o niełatwej walce z chorobą. Obecnie jest w stanie remisji i trzymam kciuki, żeby tak już pozostało.
"Uśmiechowe" kołderki zawsze stanowią dla mnie wyzwanie. Składają się z haftów niekoniecznie pasujących tematycznie, kolorystycznie czy stylistycznie. Tematyka jest determinowana zainteresowaniami dziecka, zaś stylistyka i kolorystyka upodobaniami kołderkowych cioteczek i dostępnością wzorów. Dlatego zdarza się, że trzeba się nieco nagimnastykować, żeby każdy haft prezentował się pięknie i wyjątkowo. Nie chcę zawieść cioteczek, które oddały swoje wypieszczone prace w moje ręce. Kołderka ma dać uśmiech dziecku, ale i satysfakcję twórczyniom, bo ich wysiłek zasługuje na szacunek. Tym razem wyszło tak:



W kwietniowym dorobku mam też bardziej prozaiczne prace z gatunku:
- Mamo, możesz to naprawić? Potrzebuję na poniedziałek.


Tym razem był to metalowy guzik prawie wyrwany z jeansów.  Ponuro dyndał na kilku ostatnich nitkach odsłaniając dziurę po wyrwanym gwoździu. Pierwszą myśl, aby oddać do szewca, odrzuciłam ze względu na czas - sobotni wieczór.
Stary trik wychowawczy: "- Synku potrafisz, wiem że ci się uda" przestał działać już kilka lat temu.




Pozostało mi tylko wziąć się do roboty. Zaczęłam od destrukcji - wycięłam guzik do reszty. Następnie obszyłam brzegi dziury ściegiem dzierganym, ale każdą warstwę tkaniny paska oddzielnie.


 Ze starych spodni wycięłam guzik razem z tkaniną dobierając tak szerokość, aby łatka była mniejsza niż odległość między ściegiem stębnowym na brzegach paska. Po wewnętrznej stronie pozostawiłam nieco mniej tkaniny.

Następnie naprasowałam po kawałku dwustronnej termicznej taśmy i zerwałam ochraniające papierki.

Wsunęłam tkaninę w otwór po guziku do wnętrza paska i starannie ją wyprostowałam. Następnie przeprasowałam aby guzik przestał się przemieszczać. Wymagało to nieco dłuższego niż zwykle nagrzewania ze względu na grubość jeansu.


Od wewnętrznej strony wsunęłam podobnej wielkości kawałek czarnej cienkiej bawełny, żeby zasłonić kolor jeansowej łatki.
 Na koniec zrobiłam prosty szew wokół guzika tak blisko jak to możliwe, żeby metalowy guzik nie zagroził igle destrukcją. Spodnie oddałam właścicielowi.

- Dzięki mamo! Wiedziałem, że dasz radę!
Prawie zaniemówiłam. Zaraz! To moja kwestia!
No i kto tu kogo wychowuje?!


Ale wracając do UFO. Koszula szyje się powolutku, baaardzo powolutku, ale jednak.
Trzy tygodnie temu - szwy na mankietach - oczywiście krzywo. Chodzi o te brakujące 2 mm. Poszły do poprawki. Nie pytajcie po co. Quilterki to zrozumieją.

Dwa tygodnie temu rozporek na rękawie.

Wczoraj kołnierzyk i stójka.


W tempie emerytowanego żółwia, ale posuwa się. Trzymajcie kciuki za żółwie.

W kolejce do maszyny czeka nosidełko do garnków (czyli nr 1), które nosidełka póki co nie przypomina, ale jest nadzieja. Mam jeszcze  6 dni.

Liczę, że kolejne losowania będą mi sprzyjały i padnie wybór na mniej czasochłonne punkty z listy.

wtorek, 8 marca 2016

Gdzie się podziała moja głowa?

Ostatnio mam wrażenie, że moja głowa porusza się szybciej od pozostałych części mnie.
Głowa już myśli jakie kolejne zadanie dorzucić do  harmonogramu, a pozostała ja wciąż tkwię w poprzednim. A mam tylko 24 godziny na wszystko co muszę i co chcę. Nawet kiedy zasiadam do maszyny ten szalony taniec myśli nie zwalnia. Za dużo naraz by się chciało. Mam nadzieję, że po Dniu Kobiet trochę się to wariactwo uspokoi. Tylko co ma do tego 8 marca? A no ma, bo na ten właśnie dzień wyznaczono finisz projektu "Być kobietą, być kobietą" w Oświęcimskim Centrum Kultury. Organizatorzy zaplanowali między innymi zaprojektowanie sukienek a następnie ich uszycie. Uczestniczki mogły korzystać z pomocy fachowej: projektantki mody oraz plastyczki i krawcowej.  Tak mnie tym zachęcili, że nie mogłam się nie przyłączyć do projektu, ale coś za coś. Szyłam projekt, więc mało czasu zostało na UFO. Pomimo tego nie odpuściłam. O, nie! Wywalczyłam jedną poduchę w stylu ex-T-shirt. Nie wygra ze mną jakiś tam obcy!

Kolorowa poducha z oburzonym kotem. 

Poducha z bliska.

Zbyteczne, pocięte, kolorowe koszulki trykotowe już jakiś czas temu, zamieniły się w pufę z rozczochraną czupryną. Było to w ramach projektu up-cyklingowego organizowanego przez Ośrodek Kultury w Brzeszczach.  Kto ciekaw niech klika.

Teraz powstała z nich poducha, a mimo to wciąż jest ich sporo. Temat T-shirtów nadal otwarty.

Całe zamieszanie moja mama skwitowałaby krótko: "Widzę, że szukasz sobie roboty."
No i co tu dużo ukrywać - ja też widzę, że szukam sobie roboty.

A tu już wiosna!



Wśród UFO-ków w marcu króluje nr 3, który u mnie wygląda tak:



Tajemnicze zawiniątko, to skrojona i niezszyta koszula - o zgrozo! - męska. Wyjdzie z tego zapewne jakieś stylistyczne kuriozum, ale co tam! Szyjemy!